 |
| W największym doku switata- Dubai |
cpt. Roman Miciński
Modyfikacja bloga , ale też sezon narciarski ma swoje prawa- jeśli są dobre warunki, to się jeździ do upadłego -od rana do ostatniego wjazdu wyciągiem o 2200 ;o)), i ...czasu na nowego posta zostaje jakby mniej ....
Nagabywany nie tylko przez lokalnych górali ;o)) ,ale również przez narciarzy z tego samego ośrodka - na pytanie o role współczesnego kapitana na statku, postanowiłem
nie odkrywać Ameryki, a ZACYTOWAĆ niezły choć nieco starszy tekst poniżej, oddający istotę tematu.
Życzę miłej lektury- bez względu na to, czy jesteś góralem, narciarzem,pilotem,nurkiem czy żeglarzem,a szczególnie, jeśli od jakiejkolwiek extremy i ryzyka, trzymasz się z daleka..;o))
Na podstawie- " Być Kapitanem" za http://www.kapitanowie.ayz.pl/articles.php?article_id=21
autorstwo tekstu p. Jerzy Bitner.
"" Być kapitanem - to brzmi dumnie! Dowódca statku, pierwszy po
Bogu!
Taki obraz kapitana funkcjonuje od wielu lat w wyobraźni
tych ludzi, którzy nigdy na statku nie byli, a za to naczytali się różnych
powieści,lub naoglądali filmów przygodowych. Kapitan statku jawi się im więc
jako postawny, dumny mężczyzna (najczęściej z wielką brodą), ubrany w
nieskazitelny mundur i białą czapkę. Najlepiej, by trzymał w zębach fajkę i
spoglądał przez lunetę w siną dal, a potem tonem nieznoszącym sprzeciwu
oznajmiał: "podnieść kotwicę, cała naprzód, kurs West". Taki wizerunek
kapitana współczesnego statku nie ma oczywiście nic wspólnego z prawdą. A jaka
jest rzeczywistość?
Jak wygląda praca dzisiejszego kapitana żeglugi wielkiej?
Kapitan - urzędnikiem i sekretarką Kiedyś, jeszcze w latach
80, kapitan miał do
pomocy ochmistrza, który załatwiał cała administracyjną,
papierkową robotę. Dziś intendenci są tylko na wielkich statkach pasażerskich,
natomiast na jednostkach handlowych obowiązki ochmistrza wypełnia kapitan. To
on zamawia artykuły do kantyny i prowiant.
To "pierwszy po Bogu" spisuje zamówienia,
wyszczególnia, ile statek będzie potrzebował jajek, wołowiny, szczypiorku i
żółtego sera. Nie oznacza to jednak, że może sobie pisać w takim zamówieniu, co
chce. Są limity, dzienne stawki żywnościowe i trzeba się w nich "zmieścić".
Armator rozlicza z tego kapitana i chociaż posiłki przyrządza kucharz, to za
gospodarkę żywnościową odpowiada dowódca statku. Na niego spadają też wszelkie
pretensje załogi niezadowolonej ze statkowych posiłków. Mandarynki mają za dużo
pestek no i czyja to wina? "Starego", bo takie zamówił. Kurczaki są
za chude? No bo kapitan takie kupuje... Kapitan prowadzi także statkową kasę,
wypłaca załodze zaliczki, zamawia różne sprzęty i części zamienne niezbędne na statku. Skończył
się toner w drukarce albo papier do faksu? Musi zamówić go kapitan. Trzeba
dokupić parę kompletów pościeli albo ręczniki - zamówienie pisze "pierwszy
po Bogu". Nie są to wprawdzie czynności skomplikowane i wymagające jakiś
wybitnych walorów intelektualnych, ale za to niezwykle czasochłonne i męczące.
Na statki kierowane są również dziesiątki kilogramów różnych zarządzeń,
przepisów, wytycznych, konwencji itd. Nie tylko od armatora, ale także różnych
morskich instytucji. Biurokracja kwitnie! Kapitan musi się z tym zapoznać, a
następnie przekazać odpowiednie informacje i polecenia załodze. Gdyby tak
naprawdę dowódca chciał wszystko to czytać, poświęcałby na tę lekturę całe dnie
i noce. Musi jednak mieć przynajmniej orientację, w czym rzecz, bo może być z
tego... przepytywany i wezwany do tablicy!
 |
Kto nie wierzy, że "stary" ma wszystko na głowie??
|
 |
| Testy,testy,testy-wszystkiego i..wszystkich na burcie |
 |
| Siłownia i 9 metrowej średnicy śruba, daje napęd całemu rejsowi. |
KAPITAN DO TABLICY! Mało jest dziedzin życia, w których
kontrole są tak częste i skrupulatne, jak na statkach! Nawet w lotnictwie nie
zdarza się, by pilot przed każdym rejsem był odwiedzany przez inspektorów i by
kontrolowano, czy statek powietrzny ma sprawne całe wyposażenie, łącznie z
oświetleniem kuchenki dla stewardess. Zresztą w lotnictwie kontroli samolotu
dokonują wyspecjalizowane służby techniczne, a zadaniem pilota-kapitana jest
bezpiecznie dolecieć do celu. Na statkach morskich inspekcje przebiegają
inaczej. Co więcej, może ich dokonywać kilka instytucji jednocześnie. Pierwsza
kontrola to inspekcja armatorska. Jest zrozumiałe, że armator chce wiedzieć, w
jakim stanie jest jego statek. Inspektor techniczny armatora ogląda więc
jednostkę, analizuje usterki, wydaje zalecenia, co w najbliższym rejsie należy
pomalować, zakonserwować, co trzeba będzie wymienić itd.
Oczywiście w tej inspekcji musi uczestniczyć kapitan, bo
często trzeba udzielić wyjaśnień, dlaczego urwał się wspornik relingu, a nawet
zajrzeć wspólnie z inspektorem do zbiornika balastowego, by ocenić stan płyt
poszycia. Nie jest więc tak, że kapitan w porcie siedzi sobie w kabinie i
popija piwo, snując morskie opowieści. Bardzo często kapitan zakłada najgorsze
ubranie, jakie posiada, na to jeszcze ochronną pelerynę, kask i schodzi do
zbiorników, albo do ładowni. Inspekcja armatorska stanowi jednocześnie podstawę
do oceny pracy kapitana, a więc żaden dowódca nie może jej lekceważyć. Do
przeprowadzenia inspekcji ma także prawo instytucja klasyfikacyjna, czyli ta,
której powierzono nadzór nad stanem i wyposażeniem statku. Inspekcje
klasyfikatora są szczególnie skrupulatne wtedy, gdy przeprowadzane jest
potwierdzenie świadectwa klasy statku. Inspektorzy mogą kontrolować wszystko:
ładownie, zbiorniki, pokłady, siłownię, chłodnie, mostek, wyposażenie
nawigacyjne, ratunkowe itd. Nie można powiedzieć, by kontrole te były całkiem
pozbawione sensu, zwłaszcza, jeśli dotyczą bezpieczeństwa statku. To dobrze, że
inspektorzy dokonują kontroli grubości poszycia, wytrzymałości grodzi,
sprawdzają opuszczanie szalup. Czasem jednak zdarzają się i tacy, którzy chcą
być bardziej papiescy niż papież i czepiają się dosłownie wszystkiego./.../ Inspekcja często przypomina przepytywanie
kapitana "przy tablicy", a "pierwszy po Bogu" musi
grzecznie udzielać wyjaśnień. Wywołanie kłótni z inspektorem i dążenie do
udowodnienia na siłę swojej racji przez kapitana może doprowadzić do wpisania
tzw. uwag (czyli zarzutów), z których z kolei dowódcę statku będzie rozliczał
armator. W najgorszym razie statek może nie otrzymać potwierdzenia klasy, a to
już prawdziwy dramat i straty dla armatora. W takim przypadku za wszystko
będzie obwiniany kapitan.
 |
| Idealna pogoda do szalupowych ćwiczeń(to małe czerwone nad wodą-to statkowa szalupa) |
Jakby tego było mało, w każdym porcie może odwiedzić statek
jeszcze inna inspekcja, tzw. PSC (Port State Control). Inspektorzy PSC
reprezentują administrację morską danego kraju i również mogą kontrolować
wszystko. W razie niesprawności jakiegoś ważnego urządzenia mogą oni zatrzymać
statek w porcie, a to już stwarza dla armatora bardzo poważne dolegliwości.
Oznacza to nie tylko konieczność usunięcia usterki na miejscu, w danym porcie,
ale także psuje opinię o armatorze i danym statku. Częsta liczba zatrzymań
powoduje, że czarterujący nie chcą takiej jednostki zatrudniać. Jak łatwo się
domyślić, wina za zatrzymanie statku spada zazwyczaj na kapitana, bo zawsze
można powiedzieć, że czegoś nie dopilnował./.../
KAPITAN I ZAŁOGA Tylko laicy mogą myśleć, że kapitan wydaje
na statku rozkazy, a wszyscy odpowiadają: "tak jest, panie kapitanie"
i natychmiast biegną wykonywać polecenia. Załoga to zbiorowisko różnych ludzi i
dowódca musi umieć nimi kierować. Jest to duża sztuka! Nie wszystko można
osiągnąć wydawaniem służbowych poleceń. Czasem trzeba umieć z ludźmi po prostu
porozmawiać, coś wytłumaczyć. Jeżeli kapitan przybiera pozę surowego,
niedostępnego "wodza", wciąż pokrzykuje, "czepia się" byle
czego, poucza, wygraża, czyni jakieś przykre osobiste uwagi, to w krótkim
czasie przestaje to robić na podwładnych wrażenie. Zaczynają go traktować jak
tyrana i wariata.
W ten sposób wcale nie buduje się autorytetu, a jedynie
psuje atmosferę na statku. Taki kapitan nie jest oczywiście lubiany przez
załogę (a czasem wręcz znienawidzony!), ale nie to bywa najbardziej
niebezpieczne. W rewanżu załoga potrafi tego rodzaju dowódcy sprawić różne
niemiłe "niespodzianki". To przecież marynarze na manewrach podają
liny i od nich zależy, jak szybko to zrobią. Jeśli będą chcieli wykonać te
czynności powoli i opieszale, to tak uczynią i kapitan niewiele będzie mógł
poradzić, nawet krzycząc i poganiając. A skutki mogą być bardzo groźne. Sygnały
o takiej konfliktowej postawie kapitana docierają też często do armatora i
wówczas tworzy się opinia, że ten dowódca nie umie stworzyć właściwej atmosfery
na statku, utrzymać właściwych stosunków międzyludzkich. Czy armator będzie
chciał takiego kapitana nadal zatrudniać i przysparzać sobie kłopotów? Armator
chce mieć spokój.
 |
| "Selfik" w statkowym biurze |
Z drugiej strony kapitan nie może być "kumplem",
"dobrym wujkiem", bo takiego dowódcy załoga nigdy nie będzie
szanowała. Tak to już jest, że jeśli kapitan zbytnio spoufali się z
marynarzami, to niestety przestaną go szanować. Taka jest widać ludzka natura.
Załoga musi mieć cały czas poczucie, kto tu jest dowódcą. Pewien dystans zawsze
musi istnieć i nikt jeszcze nie wymyślił lepszej metody. Wzorce
pseudo-koleżeńskości lansowane przez media i stosowane w niektórych firmach,
absolutnie nie nadają się do zastosowania na statku. Tym bardziej, że kapitan -
jak stanowi kodeks morski - sprawuje jednoosobowo kierownictwo statku. Nie ma
tu więc miejsca na żadną "demokrację", bo ta - jak uczy historia i
doświadczenie - bardzo często przeradza się w anarchię i warcholstwo. Prawda
jest taka, że jeśli kapitan jest "miękki", mało stanowczy i
zdecydowany, jeśli nie egzekwuje i nie wymaga, załoga natychmiast to wyczuwa i
zaczyna lekceważyć nie tylko "starego", ale i swoje obowiązki. To zaś
w prostej linii odbija się na bezpieczeństwie statku.
A już najgorzej jest, jeśli kapitan sam sobie
"odpuszcza", bo jak wiadomo, przykład idzie z góry. ... Ogromną sztuką jest więc znalezienie złotego środka,
utrzymywanie właściwych relacji z załogą, a jednocześnie wymaganie od każdego
tego, co powinien robić.
Ludzie są różni, marynarze również. Jeden przyjmie uwagi
kapitana z pokorą i potrafi przyznać się do błędu, drugi zaraz się obraża, bo
uważa, że jest najmądrzejszy. Najgorsi są ci, którzy - w swoim mniemaniu -
wiedzą najlepiej, a kapitana traktują jako zło konieczne i nie darzą żadnym
szacunkiem, ani z racji stanowiska, ani wieku. Niestety, czasem można to
zaobserwować o młodych marynarzy.
Tak właśnie wygląda w praktyce źle pojęta równość. Wszystko
im się należy, doskonale znają "swoje prawa", a zapominają niestety o
swoich obowiązkach. Czują się wspaniałymi fachowcami, wielkimi Europejczykami i
światowcami, a potrafią zrobić w mesie awanturę, bo dostali mniejszą porcję,
niż kolega, potrafią iść z pretensjami do kapitana, bo zabrakło cytryn, a przysługują
im owoce.
Rzeczywista wiedza fachowa i kultura osobista takich ludzi
pozostawia wiele do życzenia, ale dlatego w ten właśnie sposób nadrabiają swoje
prostactwo i kompleksy. Bardzo często buntują i skłócają ze sobą załogę. Zdarza
się, że na zwróconą uwagę reagują obcesowo i agresywnie. Jeden taki marynarz
potrafi często zepsuć atmosferę na statku i "rozłożyć" całą załogę.
Trzeba próbować z takim członkiem załogi spokojnie i szczerze porozmawiać, ale
jeśli nie da to rezultatu, kapitanowi nie pozostaje nic innego, niż go
zmustrować.
Nie są to zdarzenia przyjemne, kosztują wiele nerwów i
wymagają zarazem od dowódcy statku opanowania. Jak widać więc, kierowanie
załogą przez kapitana nie jest takie proste i łatwe, jak mogłoby się wydawać.
Trzeba też pamiętać, że statek to nie lądowa firma, gdzie po godzinach pracy
wychodzi się do domu i można w nim odpocząć, zrelaksować się. Na statku z tymi
samymi ludźmi przebywa się 24 godziny na dobę..i długie miesiące.
KAPITAN NA MOSTKU. No i wreszcie najważniejszy aspekt
kapitaństwa - nawigacja. Umyślnie zostawiłem to zagadnienie na koniec, aby
Czytelnik miał świadomość, że zanim kapitan przyjdzie na mostek, ma już za sobą
cały szereg innych wyczerpujących czynności: inspekcji, problemów ładunkowych,
prowiantowych, załogowych itd. To nie jest tak, jak wydaje się "szczurom
lądowym", że kapitan wypoczywa w kabinie, popija rum, gawędzi z
pasażerami, a kiedy ma ochotę, wstępuje na mostek i wydaje komendy. Kapitan
odpowiedzialny jest za prawidłowe załadowanie i zabalastowanie statku, za
stateczność, zabezpieczenie ładunku, wykreślenie na mapach prawidłowych kursów
i za bezpieczne prowadzenie statku.
 |
| Tak, to 0230 w nocy i..zaraz wyjście z portu |
To prawda, że ma do pomocy oficerów, ale nie zwalnia go to
bynajmniej od odpowiedzialności. W razie przesunięcia się ładunku nie może
powiedzieć: "to wina chiefa, on nie dopilnował zamocowania", a w
razie wejścia na mieliznę nie może się tłumaczyć: "to wina drugiego
(oficera), bo wykreślił kurs zbyt blisko mielizny albo nie poprawił mapy".
Od razu padnie wówczas pytanie-zarzut: "a dlaczego pan kapitan tego nie
sprawdził?" Odpowiedzialność kapitana może być bardzo poważna.
Kapitanowie, których statki uczestniczyły w wypadkach, są często pozbawiani
przez sądy morskie dyplomu, a to oznacza degradację. Nakładane są na nich
wysokie kary pieniężne, a niekiedy jeszcze gorsze.
Jeżeli w wypadku ktoś z załogi zginął albo odniósł
obrażenia, rodziny często domagają się bardzo wysokich odszkodowań. Także od
kapitana! Jeśli zaś wypadek staje się głośny, media zazwyczaj rozpętują nagonkę
na dowódcę statku, niejednokrotnie bazując na plotkach, pomówieniach,
oszczerstwach i nie czekając nawet na prawomocne ustalenia organów
dochodzeniowych. Wielu już było kapitanów, którzy zaszczuci przez tzw. opinię
publiczną przypłacili to życiem.
Niektórzy kapitanowie wyrażają nawet pogląd, że jeśli
dojdzie do poważnego wypadku, katastrofy, to lepiej pójść razem ze statkiem w
morską otchłań, niż potem przeżywać to piekło. Potwierdzeniem tego poglądu może
być okoliczność, że w wielu wypadkach morskich kapitanowie nawet nie próbowali
opuścić mostku, ewakuować się do szalupy czy choćby skakać do wody. Może woleli
zginąć i oszczędzić w ten sposób przykrości swojej rodzinie?
Piszę o tym wszystkim, by uświadomić Czytelnikom, że to nie
są żarty. Tak naprawdę kapitan nigdy nie jest w stanie dopilnować wszystkiego,
a morze wciąż jest i będzie zawsze bardzo groźnym żywiołem. Aby zaistniał
wypadek, nie trzeba wiele: błąd oficera lub pilota, błąd innego statku, nagła
zaskakująca awaria, nagła zmiana pogody.
Czasem na podjęcie decyzji kapitan ma dosłownie ułamek
sekundy. Potem zaś jego postępowanie oceniane jest i analizowane miesiącami
przez różnych ekspertów. Oni orzekają, czy kapitan postąpił dobrze, czy źle, no
i decydują o losach kapitana. Ciekawe jednak, czy gdyby ci teoretycy byli
wówczas na mostku, to podjęliby trafną decyzję?
Kapitan nie może też kierować statkiem 24 godziny na dobę,
bo jest tylko człowiekiem i również musi się wyspać. A to bywa często bardzo
problematyczne, zwłaszcza jeśli statek ma krótkie przeloty pomiędzy portami.
Wyobraźmy sobie taką częstą w praktyce sytuację: statek w porcie, kapitan
wstaje o 7.00, w ciągu dnia załadunek, inspekcja, przyjęcie prowiantu, wizyta
agenta. Późnym wieczorem odprawa, odcumowanie, manewry. Potem jazda z pilotem,
która kończy się nad ranem. Większość załogi smacznie śpi. Kapitan musi być
cały czas na mostku i nie tylko przyglądać się, ale czynnie nadzorować pracę
pilota. Jeśli pilot się pomyli, to kapitan musi to zauważyć i w porę skorygować
jego błąd. Zdajemy pilota, a tu gęsta mgła! Oficerowie wachtowi zmieniają się,
a kapitan wciąż tkwi na mostku. Jeśliby go w takich warunkach opuścił, to w
razie jakiejkolwiek kolizji od razu będzie winny! Nie wolno mu opuścić mostku
podczas tak słabej widzialności albo podczas żeglugi na ruchliwym akwenie.
Późne popołudnie, kapitan już 34 godziny na nogach, bez chwili snu, a tu z
kolei wchodzimy w Cieśniny Duńskie albo Kanał La Manche.
Ruch statków duży, wąski tor wodny, w poprzek kursu wciąż
przechodzą ferry. Tak bardzo chciałoby się choć na chwilę położyć w koi, ale czy
można to uczynić w takich warunkach? Zwłaszcza, jak mamy nowo zamustrowanego
oficera i nie wiemy, jaki on jest i co potrafi. Jeśli zdamy się na przypadek,
możemy drogo za to zapłacić. Kleją nam się oczy, dudni nam w głowie, w oczach
migają mroczki, mamy wrażenie, że nigdy nie spaliśmy i już chyba nigdy nie
zaśniemy. Każdy ruch głową sprawia ból, a nogi wrastają nam w tylną część
ciała. W ustach mamy niesmak od wielu wypitych kaw albo i wypalonych
papierosów, czujemy się brudni, spoceni...
To, co opisuję, doskonale znają wszyscy kapitanowie. No i
późną nocą manewry wejściowe do następnego portu, potem odprawa. Kilka godzin
snu i znowu dzień, a w dzień rozładunek, następna inspekcja itd., itd.
Czy można zatem od kapitana wymagać w tych warunkach pełnej
sprawności, refleksu, dopilnowania wszystkiego? Kierowca samochodu albo pilot
samolotu ma określoną normę czasu pracy. Na statku takiej normy dla kapitana
nie ma. Ma być do dyspozycji o każdej porze doby i przez taki czas, jaki jest
potrzebny. I nikogo nie obchodzi, czy jest zmęczony, czy miał możliwość wyspać
się, wypocząć, zregenerować siły.
Być kapitanem czy nie? To wszystko, co napisałem powyżej,
mogłoby świadczyć o tym, że stanowisko kapitana przynosi same kłopoty, stresy,
naraża na odpowiedzialność, przemęczenie itd. I rzeczywiście, funkcja
"pierwszego po Bogu" wymaga dużej odporności, wytrzymałości
psychicznej i fizycznej, oczywiście szerokiej wiedzy, a także predyspozycji
przywódczych. No i chociaż odrobiny szczęścia, jeśli chce się piastować tę godność
aż do emerytury. Z pewnością dlatego nie wszyscy oficerowie chcą zostać
kapitanami. Sporo jest na statkach tzw. wiecznych "second-ów", czyli
II oficerów, którzy już dawno mogliby awansować, uzyskać dyplom kapitański, ale
nie chcą. Może boją się odpowiedzialności, może nie czują predyspozycji do
kierowania załogą. Nie ma w tym zresztą nic złego, bo lepiej, że pełnią oni
bardzo dobrze swoje dotychczasowe funkcje, aniżeli mieliby być kiepskimi
kapitanami. Prawdą jest jednak również i to, że stanowisko kapitana daje także
poczucie satysfakcji, a nawet dumy z tego, że człowiek kieruje statkiem
wielkości ogromnego wieżowca i wartym dziesiątki albo setki milionów dolarów,
że jest właśnie tym "pierwszym po Bogu", przełożonym wszystkich
członków załogi, że ma w każdej kwestii ostatnie słowo, ale jego polecenia są
ostateczne i nie podlegają dyskusji. Indywidualne cechy osobowości kapitana
zawsze zresztą przekładają się na statkowe życie, a nawet na sposób
manewrowania statkiem.
Dobry kapitan utożsamia się ze statkiem, którym dowodzi, zna
nie tylko jego dane i zdolności manewrowe, ale i specyficzne cechy
"charakteru" danej jednostki. Zna każde pomieszczenie i urządzenie,
zna każdą rysę na kadłubie! W żegludze morskiej nie ma zresztą dwóch takich
samych rejsów, inne są każde manewry podczas wchodzenia i wychodzenia z portu.
Od decyzji kapitana, jego refleksu, wiedzy, doświadczenia zależy, czy odbędą
się bezpiecznie. Być może właśnie ta mieszanka władzy i odpowiedzialności,
ryzyka, niebezpieczeństwa, a zarazem piękna morskiej żeglugi daje temu
stanowisku swoisty czar. No i człowiek ma świadomość, że potrafi kierować
statkiem, a więc robić coś, o czym ogromna większość ludzi nie ma zielonego
pojęcia. A to, co niedostępne, zawsze budzi przecież respekt, podziw i
zazdrość. Dlatego zapewne wciąż są tacy, którzy po latach pływania osiągają to
zaszczytne stanowisko i nie wyobrażają sobie innej pracy. Chociaż często
narzekają i opowiadają, jak to zazdroszczą tym, którzy pracują na lądzie w jakimś
biurze, to tak naprawdę nie dopuszczają nawet myśli, by mogli zrezygnować z
morza. Prawdziwy kapitan, jeśli już raz połknie tego bakcyla i pokocha morze,
będzie mu wierny do końca.""
Autor cytowanego tekstu..Jerzy Bitner.
ZDIĘCIA © cpt.Roman Miciński
 |
| Niektóre statki wspomina się dobrze i długo |
ZDIĘCIA © cpt.Roman Miciński